2011-02-18 03:50:39 >>

Na marginesie.



 
    Tak tu cicho. Jak dobrze. Mogę rzucać słowa na wiatr. Mogę żonglować każdą wolną myślą.
    Uśpiłam was milczeniem. Struny mojej harfy zardzewiały i muzyka, która z nich płynie, skrzypi,
    zupełnie jak drzwi starego domu, do którego dawno nikt nie wpuścił światła.

    Przechadzka po ruinach. Las rzeczy zapomnianych, ocalonych na marginesie chaosu.
    W zeszytach zawsze lubiłam marginesy. A rebours-to, co tam pisałam było szczególnie ważne,
    przeczyło ich uzupełniającej definicji , tekst poboczny stawał się centrum dramatu. Mogło to być imię chłopca,
    data jego dotyku, wyznanie filozofa, że myśli, więc jest. Na marginesach zasypiały moje wiersze
    zawieszone w środku metafor, którym wymknął się tak potrzebny dysonans, kradnąc potencjalność całości.
    Na brzegach białych kartek mogłam być sobą- niedokończoną, rozproszoną, twórczą lekkomyślnie i nieodpowiedzialnie.

   Życie każe nam pisać centralnie, czytelnie, mnożyć akapity, zakreślać markerami ważne treści.
   Czasem trzeba użyć korektora, by nasze omyłki umknęły cenzurze weryfikatorów.
   Przyłapanym na bezładnych bazgrołach każe się pisać linijki, kaligrafować po sto razy ugrzecznione biografie,
   bez kleksów , w których drzemie groźba map nieodkrytych,  groźnych lądów.
 
   Margines wymyka się cenzorom. Pionowa granica linijki , atramentowy rzucik wolności  otwiera drogę
   privatissimum, a strażników wszelakiej poprawności zostawia wściekłych pod drzwiami.

  Pielęgnuję moje marginesy po cichu, dzień po dniu. Nawet gdy biegam po nich bezładnie, obłędnie,
  pilnuję, by nieuważna kropka, przecinek, wykrzyknik, a zwłaszcza mój najlepszy przyjaciel- znak zapytania,
  nie rozpędziły się nagle w nieprzyjazną otchłań wykaligrafowanej , skatalogownej numerem kartki.



   



skomentuj (1)